Przystanek Manila i dalej Na Palau

Posted in Uncategorized on 2010/03/09 by markoo

Witam po przerwie ! Nie pisaliśmy tak długo ponieważ transfer był zbyt slaby aby otworzyć jaka stronę, co dopiero załadować zdjęcie. Wiemy już teraz że, jest to związane tez z pogoda, jak pada deszcz i sa chmury to nie ma internetu ot takie sobie zależności……ale po kolei
Przylatujemy do Manili wszystko Ok ! lądujemy, odprawa. W Lonely Planet wyszukaliśmy jakaś dzielnice na której planowaliśmy zostać na noc , ale nasze plany zmienił taksówkarz który stwierdził że bez sensu jest pchanie się gdzieś daleko skoro zostajemy tylko jeden dzień, wiec zawiózł na na dzielnice blisko lotniska . Dzicz, syf, brud i bieda ( podobnie jak w Panamie  idziemy ulica ludzie zwracają nam uwagę abyśmy uważali na siebie bo jest strasznie niebezpiecznie, kradzieże, napady a nawet i porwania – na szczęście bezpiecznie grubo po północy wracamy do naszego hotelu. Kolejny dzień mamy wolny aż do wieczora wylot dopiero po 22 wiec kontynuujemy zwiedzanie miasta.

Zbieramy się wieczorem na lotnisko kolejne wypełnianie pieprzonych karteczek, sprawdzają nas kilka razy . Tutaj jest inaczej niż wszędzie kontrola bardzo dokładna, później już wiemy dlaczego . Na Palau jest wszystko zajebiście drogie i boja się przemytu.
Na Koror ( wyspa a zarazem stolica Palau ) wylądowaliśmy w nocy, ktoś pomógł znaleźć nam hotel , rano pogoda super wynajmujemy sobie na cały dzień auto, zwiedzamy ile można i rozeznajemy się w terenie.
Znajdujemy jakiś Dive shop ( tak nazywają się tu centra nurkowe ) i umawiamy się na kolejny dzień . Negocjacje cenowe były dość długie, ale zakończone sukcesem, później dowiadujemy się ze właścicielka jest z Izraela. Satysfakcja tym większa że zrobiliśmy dobra cenę u Żyda. Rano o ósmej jesteśmy gotowi na pierwszego nura



Zaczynamy dzień nurkowy. Po pierwszym nurku wychodzę na powierzchnie rozczarowany , spodziewałem się czegoś więcej, już nawet zacząłem żałować że tu jestem . Pogoda się załamała, trochę pada , wieje wiatr i strasznie duszno , trudno to połączyć w jakaś logiczna całość ale tak tu jest. Drugi nurek już dużo lepszy. Zanurzamy się, wokół nas dużo rekinów , dalej zarybiona rafa już jest fajnie i kolorowo – tego brakowało mi przez kilka ostatnich miesięcy

Pogoda psuje się jeszcze bardziej, jednak nas to nie zniechęca. Na następny dzień nurkujemy na dwóch wrakach Jeden to Helmet położony jakoś na 30 metrach , kolejny to Buoy 6, a jako trzecie nurkowanie dokładają nam jaskinie.

Rozpoczynamy kolejny dzień, piękna pogoda. W drodze do centrum nurkowego w samochodzie pokazuje nam 36 stopni C , a zauważmy ze jest godzina ósma rano, to co się będzie działo w samo południe ? Powiem krotko …..zajebiście gorąco ! Na pierwszy rzut płyniemy na jezioro pełne meduz Jellyfish Lake, tu tylko snurkujemy wśród galaretowatych stworów. Juz jestem zadowolony nurki rewelacyjne dużo ryb , bogata rafa, manty , rekiny wszystko jak na zawołanie. Jedyne co to mam nerwa bo nie naładowałem baterii do aparatu wiec nie moglem dużo sfotografować



Upał doskwiera nam coraz bardziej , robimy przerwę w nurkowaniu. Wynajmujemy lodź na calu dzień aby dobrze spenetrować wyspy Palu. Dziś temperatura osiągnęła chyba apogeum , na lodzi czujemy się jak na pływającym grillu. Temperatura sięga na pewno ponad 40 stopni C załoga lodzi podpowiada nam że nawet 45 stopni C.  Ale za to widoki rekompensują nam wszystkie trudy tej wycieczki. Płyniemy z otwartymi gębami, bo kolor wody w zestawieniu z niebem i zielonymi wyspami zapiera nam dech w piersiach. Nasuwa się tylko jedna myśl, jeśli istnieje raj na ziemi to jest nim właśnie to miejsce. Nie będziemy się rozpisywać, może zdjęcia choć trochę odzwierciedla to co chcieli byśmy Wam pokazać

Miejsce na fotce  to przepiękna zatoka. Nazywa się Milky Way …Bajka uwierzcie nam ! !!

Tajlandia

Posted in Uncategorized on 2010/03/02 by markoo

Kanchanaburi – Wstajemy rano i jeszcze nie wiemy jak się tam dostać. Decyzja zapada już przed hotelem- za bardzo jesteśmy zajechani po ostatniej nocy aby walczyć z wszelkimi przeciwnościami, szybciutko dogaduje się z taksówkarzem, zawiezie nas na miejsce za 1500 Batów          ( nie cale 50$ ) Podzieliwszy to na czterech wychodzi naprawdę grosze. Jedziemy półtorej godziny. Na miejscu dowiadujemy się ze, za godzinkę jest bus na farmę tygrysów – Wykupiliśmy bilety coś przekąsiliśmy i z marszu pojechaliśmy do tego parku ( trochę komercyjna ta wycieczka,      w małym autobusie jesteśmy tylko my. Pobawiliśmy się z tygrysami, chłopaki pojeździli na słoniach, następnie show z krokodylami. Niesamowite wrażenia i beka śmiechu,
kiedy przez otwarte okna żyrafy wkładały swoje długie łby na jeszcze
dłuższych szyjach do naszego autobusu. Chłopaki tak się rozochocili ze byłokarmienie z ust do ust i buzi z języczkiem
Ktoś powie ze to niehumanitarne, zwierzęta powinny być na wolności…
…ale świata nie zmienimy, a jeśli możemy w jakikolwiek sposób pomóc
dlaczego nie. Wracamy do miasta, znajdujemy fajny hotel z basenem, pokojami położonymi na wodzie, naprawdę klimatycznie. Zmęczeni trudami dnia powszedniego,wybieramy się na masaż. Wybieramy jeden z salonów ( na ulicy ich kilkadziesiąt ) Sebastian dowiedziawszy się ze będzie masował go Lady-Boy decyduje się tylko na feet masage (to jego a raczej ono nazwaliśmy później Waldek) Już wiemy ze przez ten masaż będziemy nabijać się z Seby przez kolejne dni, jak się okazuje, Waldków na ulicy nie brakuje. Rozluźnieni wracamy do hotelu, ale to nie koniec naszego dnia, wypytujemy się miejscowych gdzie jest jakaś fajna dyskoteka – pada na DISCOVERY, po wielkich trudach docieramy tam pieszo. Jakieś 1000 osób już się nieźle bawi. Jesteśmy jedynymi białasami w tym klubie, kupujemy butelkę whisky i w zamian dostajemy stolik – rewelacyjne miejsce i wcale nie przeszkadza nam ze jest przy samym wejściu do WC – po kilku godzinach znamy ( z widzenia ) wszystkich w dyskotece, bo przynajmniej każdy był choć raz w kiblu. Sama dyskoteka chłopakom wydala się dziwna, był koncert rockowy na na przemian z Dj-em,
tańczyły dziewczyny ( które ruszać się chyba dopiero uczyły – tak to wyglądało) i nie było tam parkietu ani miejsc siedzących, wiec te tysiąc osób stało oparte każde o swój stolik i sączyło drinki ruszając przy tym stopą. Godzina trzecia zamykają lokal i kolejny karpik , pod dyskoteka żadnej taksówki, wszyscy pijani wsiadają na swoje motorki i odjeżdżają. Pozostaje nam znowu walić z buta. Ale nie ma tego złego… znajdujemy lokal gdzie podają zupkę ( a okazuje się ze zupka to kolejny mocny punkt naszej wyprawy, powiem ze co niektórzy się od niej uzależnili ) W hotelu jesteśmy o 4 nad ranem. Kolejny dzień, kolejna zmiana planu, bo nie sposób było wstać rano. Jeszcze na lekkim kacu wybieramy się na wodospad. Na miejscu już wiemy ze był to błąd wybierając się tam w niedziele, masa ludzi , cale rodziny, ale widoki niezapomniane. Wodospad ma 7 stopni i już na drugim nie było prawie ludzi. Wspinamy się coraz wyżej, nie jest tak lekko jak myśleliśmy po ponad trzech
godzinach docieramy do celu jesteśmy na górze, kilka fotek i wracamy.
Droga powrotna jest jeszcze bardziej skomplikowana , wracamy w strugach deszczu, a stopy nasze grzęza w błocie. Zmęczeni, kontuzjowani opuszczamy to miejsce jako ostatni. Na parkingu nie ma już nikogo do hotelu trochę ponad 60 km. Jutro zegnamy się z Kanczanaburi po drodze odwiedzimy bazar na wodzie o którym piszą w każdym przewodniku, polecamy bo klimat i atmosfera tego miejsca naprawdę jedyna w swoim rodzaju. Po południu wracamy do Bangkoku włócząc się trochę po uliczkach, posiłek , odpoczynek, trochę posiedzieliśmy w kawiarence
internetowej, wieczorem wyskok na nocny bazar gdzie można dostać wszystko……dosłownie. Wszystko w biegu, nie możemy się doczekać kiedy będziemy na Palau, w końcu jesteśmy na wakacjach i trochę odpoczynku nam się należy. Na lotnisko wpadamy prawie spóźnieni, odprawa i już jesteśmy w Manili


Dzień pierwszy czas zacząć

Posted in Uncategorized on 2010/02/28 by markoo

Już w drodze do Berlina popiliśmy w samochodzie, następnie było troszkę
na samym lotnisku, kolejna butelka pękła w samolocie i było by dobrze gdyby
Seba nie latał do Helgi po kolejne drinki( tak nazwaliśmy stewardesę niemieckich
linii lotniczych i co lepsze wydedukowaliśmy że w młodości mieszkała w NRD i była przygotowywana przez ówczesny ustrój do olimpiady, niestety przesadzili ze sterydami.
Co dało się zauważyć po nie ogolonej twarzy Helgi. Gdzieś między słowami padło zdanie, które zostało wybrane później na hasło wyjazdu

LEPIEJ BYĆ ZNANYM PIJAKIEM NIŻ ANONIMOWYM ALKOHOLIKIEM
i tej wersji się trzymajmy. A na marginesie do tej pory boli mnie głowa, jak nigdy.
Wylądowaliśmy bez problemu w Bangkoku , na powitanie uderzyła nas ogromna fala
Ciepła, następnie załadowaliśmy się z trudem do taksówki i obraliśmy kierunek Kao San Road
– gdzie prędzej czy później trafia każdy turysta. Mimo łupania we łbie udajemy się na krótki rekonesans po okolicy. Wynajmujemy tuk tuka ( taki zadaszony trzy kołowy motorower) zaczynają wozić nas po Pałacach, katedrach i innych miejscach zbiorowych modłów chwaląc się różnego rodzaju Buddą – Budda mały, duży , smutny i wesoły , przynoszący szczęście i jeszcze cholera wie co…….dość.
Chcemy wracać na naszą już  wówczas ulubioną ulicę Kao San. Teraz kierowcy zdradzają nam dlaczego przewóz jest taki tani ( ponad dwie godziny wożenia nas po mieście kosztuje nie całego dolara ) Otóż mają profity ze sklepów więc proszą nas abyśmy tylko zerknęli. Andrzej szyje sobie koszulę na miarę. Kolejnym sklepem był niesamowicie wielki, ogromy Gold Bazar – złoto w każdym rozmiarze i wydaniu. Coś niesamowitego, niestety ze względu na bezpieczeństwo
Nie można było tam pstrykać zdjęć.
Po dwu godzinnej drzemce w hotelu udajemy się coś zjeść. A jedzenie tutaj to kolejny rozdział, wszystko smakuje nie wiemy od czego zacząć, decydujemy się na zupę.
Miała być lekko ostra lecz po pierwszej łyżczce wykręciło mną na drugą stronę .
Po posiłku ruszamy na Kao San przedzierając się miedzy stoiskami, ludźmi, obwoźną kuchnią a pamiątkami. Co chwilę Ktoś nas zaczepia , coś oferując wybieramy z tłumu kierowcę tuk-tuka – który przedstawia się nam jako Charlie Schumacher i to On będzie naszym przewodnikiem po ciemnej stronie Bangkoku. Okazuje się że Charlie to prawdziwy
mistrz kierownicy , tuk-tuk który prowadzi staje dęba, a na skrzyżowaniu rusza na tylnim kole – zabawa przednia i pełna emocji. Docieramy do jakiejś zawszarzałej knajpy na Pat Pongu gdzie mieliśmy zobaczyć show. Zapłaciliśmy po 500 Batów wstęp ( jakieś16 $ i piwo w cenie ) chwilę czekamy, i zaczęło się …………..nie będziemy opisywać szczegółów , jeśli będziecie kiedyś w Bangkoku zobaczcie to sami. Wyszliśmy z tego cyrku bardziej znudzeni niż podstarzałe gwiazdy które w nim występowały. Wróciliśmy na naszą uliczkę usiedliśmy w sympatycznej knajpce słuchając największych rockowych hitów wykonywanych na żywo przez miejscowego rockmena. Zdecydowaliśmy że jutro jedziemy do Kanczanaburi, około drugiej wracamy do hotelu -zatem pobudka z samego rana

Juz niedługo…startujemy

Posted in Uncategorized on 2010/02/28 by markoo

Jeszcze do końca nie dociera do mnie że już prawie za tydzień wyląduję w Bangkoku,bo tu zaczniemy i tu skończymy naszą trasę. Nowa ekipa, nowi kompani podróży ale wszystko to starzy przyjaciele wiem że są to kolesie na których mogę liczyć …ale dość tych haseł przed ostatnią wyprawą też padały slogany….i co ekipa się rozpadła, rozsypało się jak World Trade Center 11-września. Lecimy w czterech , Andrzej, Mariusz, Sebastian i Ja. Było nas pięciu, odpadł Zbynek łamiąc nogę w trzech miejscach w meczu piłkarskim o puchar Burmistrza czy też dzielnicowego :)  a szkoda bo chłopak miał już bilety wykupione a tu taki pech , no nic On zostaje w domu a my lecimy dalej. Krótka charakterystyka chłopaków.
Sebastian był już ze mną dwa razy , ostatnio dzwoni do mnie z zapytaniem ( po tym jak trzy miesiące wcześniej wykupiliśmy bilety )
– halo Marek !
– No tak siema Sebuś ! Co tam ?
– Ty Marek powiedz mi dokładnie gdzie my lecimy do jakich państw i na jakie wyspy ?
Taki jest właśnie Sebciu nie interesuje sie gdzie, najważniejsze aby było ciekawie i wesoło. Bo muszę zdradzić tym co nie wiedzą Seba to taki typ który na codzień w pracy chodzi w garniturze, pod krawatem. Zarządza masą ludzi prowadząc z ojcem usługi transportowe.
Ot jak to się kiedyś mówiło ……Cwaniak z PKS-u. ale na imprezie zaskoczy nie jednego !!!
Mariusz ( jest z Koszalina miał kiedyś sen …obudził się na drugim końcu świata ) Następnie szukał Kogoś Kto pomoże zrealizować mu jego marzenie. Na dziesięć dni przed wylotem , nie może zasnąć , skupić się , serce mało nie wyskoczy mu z klaty przeżywa bardziej niż egzamin dojrzałości zwany maturą . To jego pierwszy raz.. Ja się nie śmieję kiedy wybierałem się po raz pierwszy, czułem dosłownie to samo.
Andrzej , wiekowo chłopina najstarszy z nas, jego jestem pewien że da radę , bardzo ambitny. Jego pasja to myśliwstwo ( podobnie jak i Mariusza ) lubi chodzić po lesie, penetrować nie zbadane zakątki i wiem ze czasami to On będzie nas wyciągał na włóczenie się po okolicy. Andrzej regularnie od trzech miesięcy prawie co tydzień informuje mnie ……
– Wiesz będę musiał wrócić szybciej
– Moja podróż stoi pod znakiem zapytania
– Ja tak naprawdę nie wiem czy pojadę
– Chyba będę musiał zwrócić bilety
Trudno mu rozstać się z firmą , zostawić wszystko w rękach innych , kłopty, problemy uważa że nikt tego nie rozwiąże tak jak On ( mając na uwadze jego firmę i rodzinę myślę że ma racje )
Marek, mnie pewnie znacie, wielu się zastanawia jak Ja to robię – zostawiam wszystko i wyjeżdzam na tak długo, Kiedyś gdzieś wyczytałem ……..  Chcieć to móc – i niech to zostanie puentą tego wpisu

Mapka planowanej wyprawy

Mieć czy Być ?

Posted in Uncategorized on 2010/02/28 by markoo

Strach przed lataniem i głód doświadczeń.
Wstyd przed mówieniem sobie „nie wiem”.
Ogromna siła wyobrażeń,
To nie przypadek, że jesteśmy razem.

Już teraz wiem,
Wszystko trwa, dopóki sam, tego chcesz.
Wszystko trwa, sam dobrze wiesz,
Że upadamy wtedy, gdy nasze życie przestaje być
codziennym zdumieniem…

Kolejna strona: mieć czy być?
Czy Erich Fromm wiedział jak żyć?
W rzeczywistości ciągłej sprzedaży,
Gdzie „być” przestaje cokolwiek znaczyć.

Już teraz wiem,
Wszystko trwa, dopóki sam, tego chcesz.
Wszystko trwa, sam dobrze wiesz,
Że upadamy wtedy, gdy nasze życie przestaje być
codziennym zdumieniem…

Już teraz wiem…

Mieć czy być ? Podobnie jak Myslovitz w swojej piosence, ja również zacząłem zadawać sobie to pytanie. Odpowiedź jest tylko jedna …. Być ! Nie Kimś wielkim, nie skandalistą, nie kolejną matką Teresą. Być człowiekiem – poczuć – zobaczyć – zrozumieć
Zostać człowiekiem , przecież to jest szalenie trudne a nawet powiem że nie możliwe ! Nie da się tak do końca być człowiekiem, bo dla mnie równa się to temu że będziesz dla Wszystkich dobry jak to połączyć ? Mam chyba gdzieś głęboko w dupie wszystkie konwenanse i przyjęte normy. Postanowiłem realizować swoje marzenia.